Koniec Manhattanu?

Niespodziewanie znika bardzo ważne miejsce dla sztuki. Galeria Manhattan zostaje rozwiązana w ramach oszczędności, choć koszty jej funkcjonowania były minimalne w stosunku do osiągnięć. Łódź straci wyjątkową galerie – miejsce eksperymentu, dyskusji o tożsamości miasta , dającą możliwości młodym artystom. Bez niekomercyjnych miejsc otwartych na młodych twórców,  łódzka kultura nie będzie miała szans rozwoju, a „Łódź Kreatywna” pozostanie tylko pustym hasłem. ——————————————————————————– (polecamy tekst z wyborcza.pl) 2012-07-25 Krystyna Potocka-Suwalska, kierowniczka Galerii Manhattan w Łodzi, zwolniona i zdziwiona: jak można jednym podpisem zniweczyć instytucję kultury? Dorota Jarecka: W 1991 roku założyła pani galerię na łódzkim blokowisku zwanym trochę ironicznie, przez podobieństwo z wysokościowcami Nowego Jorku, Manhattanem. Działa pani w lokalu Spółdzielni Mieszkaniowej „Śródmieście”, robi pani plany na sezon jesienny, zaprasza artystów i nagle… Krystyna Potocka-Suwalska: W ubiegły piątek wzywa mnie prezes i wręcza mi zwolnienie. Od 1 września galerii ma nie być. Tak zdecydowała rada nadzorcza. Dowiaduję się też, że galeria za dużo kosztuje, a spółdzielnia ma długi. Galeria Manhattan – mająca dwudziestoletni dorobek, będąca ważnym miejscem dla polskich artystów i mieszkańców, bo prócz wystaw, koncertów są też np. warsztaty plastyczne – przestaje istnieć. Taką decyzję, podjętą zapewne bez refleksji nad znaczeniem tego miejsca, bez poinformowania urzędu miasta, który finansuje jej program, uważam za barbarzyństwo. Jednym podpisem niweczy się instytucję kultury. To nieliczenie się z tymi, którzy z galerii korzystali, z zawartymi przeze mnie umowami, zobowiązaniami wobec artystów. Jakimi na przykład? – W październiku miało się odbyć spotkanie z cyklu „Punkty widzenia” poświęcone młodym twórcom wideo, w listopadzie planowałam jak co roku festiwal Audio Art, który odbywa się od czterech lat – to postmodernistyczny gatunek sztuki na granicy performance’u, muzyki i instalacji. W listopadzie miał być występ słynnego tancerza butoh Daisuke Yoshimoto, we współpracy z Instytutem Grotowskiego we Wrocławiu. Argument jest taki, że galeria kosztuje za dużo. Ile? – Spółdzielnia utrzymuje pomieszczenia i płaci za etaty – mój i pracownicy zajmującej się sprawami finansowo-organizacyjnymi. To są pensje niewysokie, normalne w polskich instytucjach kultury. Program jest finansowany przez urząd miasta. W tym roku na przykład jest to 56 tys. zł. Rozmawiałam z Jarosławem Suchanem, dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Powiedział, że tyle w jego muzeum kosztuje nieraz jedna wystawa. Warsztaty z artystami z Serbii i Izraela, projekt Ewy Partum upamiętnienia miejsc w Łodzi związanych z jej działalnością, instalacja Roberta Kuśmirowskiego w kanale „Dętka”, która stała się atrakcją turystyczną Łodzi, performance Beresia, Warpechowskiego, wystawy Marii Pinińskiej-Bereś, Izabeli Gustowskiej. Jak to się udawało? Nawet jak na polskie warunki to naprawdę kryzysowa dotacja. – Bardzo oszczędnie gospodarowałam. Honorarium dla artysty – niewielkie, ale zawsze było. Z tym że oferujemy nie miejsce w hotelu, tylko w pokojach gościnnych. Nie zapraszamy na kolację do restauracji, ale sami gotujemy. Czasem otrzymuję grant z urzędu miasta czy pomoc od prywatnych instytucji. Np. w realizacji projektu Ewy Partum pomogła galeria Atlas Sztuki. Żeby móc zdobywać więcej dotacji, chciałam założyć fundację, poszłam z tym pomysłem do prezesa spółdzielni – odmówił. Jeszcze w tym samym tygodniu mnie zwolnił. Czy program galerii był kontrolowany, cenzurowany? – Główne nieporozumienie dotyczy charakteru sztuki, którą pokazuję. W 2008 r. zorganizowaliśmy wystawę „W sprzecznym mieście” na temat osiedla, na którym funkcjonuje galeria. Manhattan to niezwykle ciekawe miejsce. Powstał w końcu lat 70. jako modernistyczny projekt zespołu wielkich bloków, miał zmienić centrum miasta, mieszkała tu inteligencja, naukowcy, artyści, m.in. Marek Koterski. Tutaj Józef Robakowski nakręcił słynny film „Z mojego okna”. W 1989 r. na osiedlu odbyła się przełomowa wystawa niezależnej sztuki „Lochy Manhattanu”. W ramach „W sprzecznym mieście” m.in. grupa studentów łódzkiej Filmówki nakręciła film o Manhattanie pokazujący jego współczesną rzeczywistość, odchodzącą od utopii z końca lat 70., to był krytyczny obraz. Prezes narzekał: dlaczego nie bardziej kolorowo, pogodnie. Spytałam, czy chciałby billboard reklamowy, czy sztukę. Były też momenty przykre, kiedy spółdzielnia nie dopuściła do festiwalu filmu queer. Z tym pomysłem przyszli studenci kulturoznawstwa. Pokazali mi kilka filmów, były świetne, pomyślałam: dlaczego nie? To, że wokół galerii zgromadzili się młodzi ludzie, uważam za wielki sukces. Skąd się biorą? Część z nich z nami współpracuje, innym podoba się to, że w galerii jest pewien luz, nie ma rygorów, nie działamy jak typowe BWA (biuro wystaw artystycznych – red.), gdzie o osiemnastej wychodzi się z pracy. Jak trzeba, siedzimy do drugiej nad ranem. Co zdobyło największą popularność? – Chyba właśnie projekty poświęcone miastu: „Łódź/Boot/Łodka/Lodke” z 2002 r.; „Kobieta na duszę”, feministyczna wystawa poświęcona łodziankom, po której Elżbieta Jabłońska dostała nagrodę Deutsche Banku; wystawa „Miasto binarne: Łódź-Warszawa”, która się włączyła w dyskusję o rozwoju centralnej Polski. A po wystawie „W sprzecznym mieście” w naszej galerii powstał klub manhattańczyków, którzy spotykają się u nas kilka razy do roku. To m.in. poeta Michał Dolecki, który tu mieszka od samego początku i potrafi opowiadać fantastyczne historie o mieszkańcach, czy Paweł „Runa” Fabiszewski, który zna mrożące krew w żyłach opowieści o zabójstwach, o samobójstwach, o koczujących tu w latach 80. na ostatnich piętrach handlarzach zza wschodniej granicy. Galeria Manhattan pokazywała też sztukę krytyczną, m.in. „Łaźnię” Katarzyny Kozyry. Była pierwszym miejscem w Łodzi, które zorganizowało pokaz filmów Artura Żmijewskiego. Tutaj odbyła się jedna z wczesnych wystaw grupy Ładnie. Chłopcy nie chcieli iść na noc do pokojów gościnnych, tak dobrze się tu czuli, spali w śpiworach na materacach. W latach 90. mieliśmy performance Cezarego Bodzianowskiego, którego przedstawił mi Zbigniew Warpechowski. Cezary zamieszkał u lokatorki z pierwszego piętra, spędził tam dwa dni, przybił na drzwiach tabliczkę z napisem „Bodzianowski”. Potem zszedł na dół razem z tą panią i opowiadali o swoim dziwnym współistnieniu, wywołując konsternację mieszkańców. Naprawdę nie rozumiem decyzji spółdzielni. Co będzie z archiwum galerii? Według prezesa powinno pozostać w spółdzielni. To jest dokumentacja dwudziestu lat życia artystycznego w Polsce, z której korzystają artyści, kuratorzy, m.in. także Muzeum Sztuki w Łodzi. Jeśli galeria zostanie rozwiązana, archiwum powinno się znaleźć w instytucji artystycznej. Dlaczego nikt o tym nie pomyślał?

No comments yet

Leave a Reply